Będąc dzieckiem nie bałem się niczego. No może poza ciemnością i duchami. Tak, teraz sobie przypominam, że ciemność i duchy, a nawet przejście przez klatkę schodową było czymś przerażającym, szczególnie gdy schody prowadziły na strych lub do piwnicy.
Dość długo mieszkałem w małym mieszkaniu na wsi. Niebyt przyjemni sąsiedzi, 2 rodziny patologiczne, chociaż akurat z nimi czułem się bezpieczny, bo wiedziałem, że nie zrobią mi krzywdy, bo pomimo, że codziennie piją, kłócą się, a nawet biją, to włos z głowy mi przy nich nie spadnie. Mieszkali na parterze. Na piętrze, obok mnie, mieszkali dziadkowie ze swoimi wnukami, a w drugiej części budynku pan Gienek, który hodował kaczki i z wyglądu był straszny. Bardzo się go bałem, nawet nie chciałem sam przechodzić obok jego drzwi, ale czasami z dzieciakami robiliśmy mu psikusy dzwoniąc i uciekając na strych.
No i okazało się, że fobii miałem jednak troszkę więcej.
Koszmar zaczął się po przeprowadzce do starego pałacyku:
Miałem 8 lat, a musiałem zasypiać z zapaloną lampką lub uchylonymi drzwiami do pokoju rodziców. Dlaczego? Bałem się Białej Damy – ducha kobiety, która dawno temu została zamurowana w ścianie u moich sąsiadów na górze (przynajmniej tak mi wszyscy mówili). Nie było mowy, żebym sam przeszedłem wieczorem przez korytarz, a jak już musiałem, to śpiewem odstraszałem widmo i zakłócałem spokój sąsiadom. Piwnic – a właściwie w przypadku tego domu – lochów, bałem się nawet w dzień.
Żałuję teraz, że nie uczyłem się języka angielskiego, bo być może otrzymałbym list ze szkoły tajemniczej Pani Wellington:
Drogi kandydacie! Z przyjemnością informuję o zakwalifikowaniu na letni kurs w Szkole Strachu. Jak już Ci wiadomo, Szkoła Strachu to niezwykle ekskluzywna instytucja prowadzona przez panią Wellington. Celem placówki jest eliminowanie dziecięcych lęków przy użyciu nietypowych metod. Niewielka grupa rodziców, lekarzy, wychowanków i nauczycieli, która wie o jej istnieniu, skwapliwie strzeże naszej anonimowości. To oni udzielają referencji potencjalnym uczniom. Nalegamy, by kandydaci oraz ich rodziny rozmawiali o Szkole Strachu wyłącznie w zaciszu domowym przy włączonym telewizorze, odkręconej wodzie i szczekaniu psa. W imieniu pani Wellington i całej kadry Szkoły Strachu pragnę powitać Cię wśród naszych uczniów. Z serdecznymi pozdrowieniami
Podyktował LEONARD MUNCHAUSER Główny pełnomocnik pani Wellington i Szkoły Strachu Kancelaria prawna Munchauser i Syn
Niestety listu nie otrzymałem i dlatego dalej boję się klatek schodowych i piwnic, a nawet z wiekiem mój lęk się nasila i powstają nowe fobie, np. Arachnofobia, czyli paniczny lęk przed pająkami. Na szczęście przeczytałem „Szkołę Strachu” i chyba zrobię coś, aby przezwyciężyć wszystkie swoje lęki.
Bohaterowie tej książki udowadniają, że bać można się wszystkiego, nawet biedronki, ale dzięki Pani Wellington i jej metodom zwalczania lęków, udowodnili, że każdego lęku stopniowo można się pozbyć.
Książka wprowadza nas także w dość trudną terminologię, ale dzięki jej znajomości, fachowo możemy określić co nam dolega. Na początku może to być straszne doświadczenie dla cierpiących na Nomatofobię (lęk przed nazwami) i Hippopotomonstrosesquippedaliofobię (lęk przed długimi słowami), ale trzeba przełamać swój lęk i podjąć się wyzwania jakim jest przeczytanie tej książki.
Autorka – Gitty Daneshvari – lekko ale ciekawie opowiada historię lęków czwórki dzieciaków: Madeleine, Lulu, Garrisona i Theo. Czytając sami uwierzymy w podstępne metody Pani Wellington i z przejęciem będziemy dopingować bohaterom podczas poszukiwań Maka.
Jak przekonuje wydawca, „Szkoła Strachu” jest książką dla dzieci, które przekonały się, co to strach i lęk, i tych, które nie chcą się już więcej bać. Ja się pod tym podpisuję DUŻYMI LITERAMI i polecam wszystkim maluchom - nawet jeśli niczego się nie boją.
„Pulpet i Prudencja. Smocze Pogotowie
Przygodowe.” (Wydawnictwo ZNAK 2010, 176str.) to najnowsza książka
dla dzieci autorstwa Joanny Olech. Jest to druga już książka o
smokach ale tym razem, jest ich (smoków) znacznie więcej.
Pompon (to o nim była pierwsza książka
- „Pompon w Rodzinie Fisiów” ZNAK 2007) poznaje Pepsikolę, z
którą później się żeni i ma dwójkę dzieci – bliźnięta –
Pulpeta i Prudencje. Rodzina mieszka w mieszkaniu na Wawelu, zaraz
obok smoczej jamy.
Małe smoki, choć niektórym wyda się
to nietypowe, chodzą z innymi dziećmi do szkoły, które wcale nie
dziwią się, że w ławce obok siedzi ktoś "inny".
Od początku towarzyszy im pytanie, czy są
jeszcze jakieś inne smoki i szukając odpowiedzi, wybierają się do
Transylwanii - regionu, w którym podobno kiedyś żyły smoki.
Czy znajdą tam swoich krewnych?
Książka o smokach uczy nas tolerancji,
otwartości i delikatnie pokazuje nam pozytywne aspekty feminizmu.
O Karolku dowiedziałem się od
mojego młodszego kuzyna, który z wielką fascynacją opowiadał mi o jego
przygodach i żartach. Nie ukrywam, że czasami sam się z nich śmiałem, do czasu,
gdy bezpośrednio zapoznałem się z dwiema pozycjami, podobno wspaniałej autorki
dla dzieci.
Byłem w szoku. Z całej serii
opowieści, przeczytałem, jak na razie, tylko dwie: „Koszmarny Karolek wypowiada
wojnę” i „Wredna Wandzia kontratakuje”.
Nie wiem, może jestem jeszcze z
pokolenia dzieci wychowywanych na bajkach i opowieściach, w których dobro
zawsze górowało, naprawdę nie wiem. Dziwię się rodzicom, którzy pozwalają, aby
ich dzieci czytały takie książki.
Przyłapałem się tutaj na czymś, o
czym bym nigdy nie pomyślał. Mianowicie przyłapałem się sam na nagłym negowaniu
swoich poglądów, że dzieciom trzeba na wszystko pozwolić i pokazywać im dwie
strony życia – czarną i białą lub raczej grzeczną i grzeszną. Jednak teraz
chyba będę musiał zmienić coś w moim pojmowaniu.
Nienawidzę nienawiści, nienawidzę
kłótni, nienawidzę sporów, nienawidzę rywalizacji. Jednak nie mówię o
rywalizacji w zmaganiach sportowych itp. Mówię tutaj o rywalizacji między
dziewczynami, a chłopcami. Mimo, że obecnie w przedszkolach czy wczesnych
latach szkolnych obserwuję tworzenie się obozów niegrzecznych chłopców i
zadufanych dziewczynek, które ciągle ze sobą rywalizują, wydaje mi się to obce.
Chodziłem do malej podstawówki na wsi, większość dzieci znałem już z przedszkola
i dziś wydaje mi się, że nigdy (no może prawie nigdy), nie dochodziło pomiędzy
nami do takich podziałów. Zawsze wszyscy bawiliśmy się razem – czasami w
gangsterów i policjantów, a czasami w dom, rodzinę czy szkołę i nigdy nie
mieliśmy problemów z tym, że jedne zabawy były wymyślane przez dziewczyny, a
drugie przez chłopców. Wręcz przeciwnie. Uważam, że to pomogło nam się lepiej
poznać, zbliżyć do siebie, nauczyć kontaktu. Jednak - jak już wcześniej
wspomniałem - obserwuję, że to się zmienia.
Mam dużo młodszych kuzynek i
kuzynów, i od dłuższego czasu obserwuję jak wyglądają ich zabawy, kontakty. Na
ogół polega to na tym, że chłopcy idą bawić się swoimi samochodami, a
dziewczynki idą po swoje lale, a po chwili zaczynają się kłócić, mniej więcej
tak:
Dz: Moje lalki są najfajniejsze!
Ch: Nieprawda! To moje samochody są najfajniejsze!
Dz: Głupi jesteś! Moje lalki są piękne i różowe i płaczą i jedzą i śpiewają!
Ch: Ty jesteś durna! To mój samochód jest świetny i jest na pilota i ma
świecące migacze i ma klakson, a nawet syrenę!
ITD. ITD.
Jest to dla mnie coś obcego i
bardzo niepokojącego.
Po przeczytaniu książek Franceski
Simon, zdałem sobie sprawę z tego, że nie jest to dziwna zmiana w naszych
dzieciach, tylko zupełnie inni bohaterowie przedstawiani w tzw. literaturze
dziecięcej. Nie ma już Kubusia Puchatka, który bardzo kochał Krzysia, nie ma
Bolka i Lolka, którzy mieli wspólną koleżankę Tolę i nie ma bohaterskich czynów
Misia Uszatka. W zamian dzieci dostały bohaterów takich jak: „wyjęty spod prawa”
Koszmarny Karolek, Ordynarny Olo, Muskularny Miecio i Chciwy Henio oraz (ich żeńskie
odpowiedniki) Wredna Wandzia, Wybuchowa Wera, Śpiewająca Roksana i Jędzowata
Jadzia.
Książki Simo, według mojej opinii,
uczą nienawiści do płci przeciwnej, a także osób dotkniętych otyłością lub
innym „kalectwem”. Pokazują zły wzór naszym dzieciom, a my, często nieświadomie,
nawet nie wiemy jak to może wpłynąć na ich rozwój i późniejsze zachowanie. W „Koszmarnym
Karolku” , jest również wiele przypadków, które (zaryzykuję
stwierdzenie)namawiają do wyzyskiwania rodziców i nieszanowania ich. Często
zdawałoby się, że są to tylko niewinne, głupkowate pomysły jednego z bohaterów,
a nagle okazuje się, że nasze dziecko zaczyna go naśladować i pyskuje do nas,
lub żąda zapłaty za to, że będzie się dobrze zachowywać, lub za posprzątanie
zabawek czy odrobienie lekcji.
Jest to zła postawa i zły
przykład. Dziwi mnie to, że opowieści Franceski Simon, wydawane przez ZNAK,
zyskały taką popularność.
Długo czekałem, aby nagromadzić
sił i odpowiednich przemyśleń, na napisanie kilku słów o tej książce. Już wiem,
że nie jestem w stanie wypowiedzieć w pełni tego, co czuję, nie potrafię opisać
przemian, które we mnie następowały podczas czytania kolejnych bajek. Jedno
jest pewne – to nie jest przeciętna książka i nie każdy będzie mógł ją
przeczytać.
Jest to debiutancka książka Krysi
Zalewskiej i wydawnictwa Tres Piedras. Jak mówi sama autorka: „Chciałabym aby
dzieci ją (książkę) czytały .Starsze mogłyby to robić samodzielnie, młodsze z
mamą.”
Jednak według mnie, nie każdy
zrozumie, o czym pisze autorka. Tym bardziej dzieci.
Na myśl nasuwa mi się „Mały
Książę” – podobnie książka, bardziej odpowiednia dla dorosłego czytelnika –
jednak książka Krysi Zalewskiej, to zupełnie inna kategoria, poruszająca inne
warstwy naszego życia.
Jak to w bajkach na ogół bywa – miłość,
przyjaźń i szczęśliwe zakończenia są pewnymi stałymi elementami – tak samo w
tych bajkach spotykamy te wartości, ale pokazane w odmienny sposób. Zamiast
śpiącej królewny o rumianych policzkach - mamy starą i grubą gospodynię,
zamiast niebieskookiego blondyna na białym rumaku – starego, siwego drwala, który
z ledwością utrzymuje siekierkę. Autorka nie boi się pokazać cierpienia,
smutku, straty czy brzydoty. Sięga raz do sfery sacrum, następnie do profanum,
a czasem robi to w taki sposób, że to co aktualnie jest piękne i cenione nagle
może stać się brzydkie i odrzucające, i odwrotnie, to co kiedyś zdawało nam się
być bezużyteczne, marginalne – nagle przeistacza się w coś dla nas ważnego i
przez nas wielbionego.
Bezustanna podróż bohaterów w poszukiwaniu
czegoś, co przyniesie im odrobinę szczęścia, przyjaźni, miłości, bo przecież
tego potrzebuje każdy – matka, której dziecko zostało porwane przez wielkiego
ptaka, stary drwal, który z braku siły odrąbał sobie stopę, stara, umorusana i
przygarbiona kobieta szukająca skarbu dawno zakopanego, kobiety sunące z
zakupami czy umierająca jaskółka.
Moja Mama powiedziała: „Czytam od
rana i kiedy czytam, to jakby ktoś mi czesał myśli w środku...piękne”. I z nią
się tutaj zgodzę, bo za każdym razem, gdy czytałem kolejną bajkę, nawet
wielokrotnie ją powtarzając, w środku mnie samego, działo się coś dziwnego, nierealnego,
a moje myśli buzowały, mnożyły się, a gdy już nie miały miejsca w środku, wydostawały
się poprzez dreszcze i łzy.
Momentami dochodzę do wniosku, że
autorka próbuje wywrzeć na nas całkowitą obojętność, poprzez to, że zdaje się
jakby zawsze zachowywała spokój. Właściwie to nie zdaje się, bo tak jest. Tak, autorka „zachowuje spokój,
cokolwiek się zdarzy, nie pokazuje po sobie niczego, jest milcząca,
niewzruszona jak nieme fasady miast dotkniętych klęską, jak staruszkowie na
ławce w parku, przykuci do swych lasek i orderów, jak twarze nigdy nie
odnalezionych topielców, tuż pod powierzchnią wody.” Jednak często ja, jako
czytelnik nie mogę znieść tego przerażającego spokoju, który uda mi się
zauważyć. Czasami pragnę złapać i rozszarpać cały świat, przez to, że nie
zauważa on tego, że wszyscy chcemy doznać chociaż odrobiny ciepła, że każdemu
jest ono potrzebne. Czasami mam ochotę porwać książkę i rozszarpać autorkę za
ten jej spokój, za to, że mi to pokazała, że nie pozwala myśleć mi tylko o
pięknie i moim własnym szczęściu.
Głęboka studnia. W niej Nikt – chłopiec, który od zawsze w niej mieszka,
chłopiec, który nigdy nie widział piękna świata. Od dziecka otoczony był
jedynie podmokłymi murami starej studni, a kontakt z rzeczywistym światem
ograniczał się do obserwacji promieni słońca w ciągu dnia, czy światła odbitego
od księżyca w ciągu nocy.
Pewnego dnia Zielony na swej
drodze natknął się na studnie. Gdy zaczął wołać spodziewał się odpowiedzi echa,
jednak to nie echo mu odpowiedziało, a człowiek, który siedział na dnie studni.
Zaskoczony zaczął rozmowę i
bardzo się zdziwił, że ktoś może od urodzenia mieszkać w studni i nie znać
tego, co nas otacza. Postanowił pomóc mu w wyjściu z dna, aby Nikt mógł po raz
pierwszy cieszyć się tym co prawdziwe.
„Zielony i Nikt” (wydawnictwo
Bajka) to książka napisana znakomitą prozą przez Małgorzatę Strzałkowską, ale
jej nastrojowy charakter podkreślają przede wszystkim wspaniałe ilustracje
Piotra Fąfrowicza.
Autorka w doskonały sposób
pokazała tutaj samotność człowieka i jego potrzebę kontaktu z innymi. Nikt
ryzykując swoje zdrowie, a nawet życie, wspina się po stromej ścianie studni z
potrzeby płynącej z głębi serca, z potrzeby bliskości. Wcześniej, podobnie jak
mieszkańcy jaskini Platona uważali cienie na ścianie za jedyne istniejące
rzeczy, uważał on swoją studnie za jedyne istniejące miejsce, ale Nikt był
filozofem, odkrył prawdę i istnienie cudownego świata.
Jak wszyscy dobrze wiemy, od pokoleń między kotem i psem coś
zgrzyta i nie ma szans na przyjaźń między nimi. Dlaczego? Tego nie wie nikt.
Książka "Kotek, który merdał ogonem" (Wydawnictwo Muchomor) autorstwa Gérarda Moncomble(tekst) i Pawła Pawlaka(rysunki), jest opowieścią o kocie Psocie i psie Kleksie, którzy żyją w sąsiedztwie. Pokaże nam, jak niesprawiedliwie traktowane są koty, tylko dlatego, że są inne.
Bo przecież niesprawiedliwym jest to, że psy mogą chodzić do szkoły, a kotom
się tego zabrania.
Kotek Psotek nie chce już dłużej się na to godzić. Za każdym
razem, gdy rano jego sąsiad - pies Kleks - wchodzi do szkolnego autokaru, marzy o
tym aby również pójść na lekcje. A gdy ktoś czegoś bardzo pragnie, to potrafi
zrobić wszystko, aby osiągnąć swój cel…
Wkrótce Psotek zabiera się do realizacji swojego marzenia, a
jedyną możliwością jego spełnienia, jest udawanie psa.
Tym sposobem kotkowi udaje się trafić do szkoły, w której
nie ma problemu z naśladowaniem szczekania, czy merdania ogonem i wszystko
idzie zgodnie planem, do czasu, gdy psi uczniowie mają rozpocząć naukę
polowania na koty. Psotek jest przerażony. Jednak następnego ranka, w drodze do
szkoły przytrafia się wypadek…
Tyle wystarczy, bo gdy opowiem co będzie dalej, straci sens
czytanie tej ciekawej i pouczającej książki. Zapewniam jednak, że nie warto być
uprzedzonym do tych, którzy wydają nam się inni…
Kawiarnio-księgarnia Numery Litery (Warszawa, ul. Wilcza 26) zaprasza na letnie kino dla najmłodszych.
Jak zapewniają organizatorzy - "Letnie kino czas zacząć", a więc, "kto jeszcze nie wyrósł z bajek, lub nie widział jeszcze w swym maleńkim życiu cuda, z jakiego jego rodzice korzystali w czasach bez telewizorów - do Numerów marsz. Mieszczuchy które nie mogą się wybrać poza Warszawę porywamy w dalekie kraje. Udamy się Dyliżansem w daleką podróż, posłuchamy bajki O dzielnym marynarzyku i zobaczymy jakie przygody spotkały Tomcia Palucha podczas wyprawy w wielki świat".
Jako stały bywalec w kawiarni Numery Litery, zapewniam, że zajęcia i pokazy, które tam się odbywają, są fenomenalne i niespotykane w żadnym innym miejscu. Dzieci bawią się w nowo zaaranżowanej sali pod okiem "ekipy pilnującej", a rodzice odpoczywają przy aromatycznej kawie, czy malinowym koktajlu z odrobiną syropu kokosowego.
Ze względu na duże zainteresowanie warsztatami i pokazami, organizatorzy proszą o zapisywanie swoich dzieci.
1 lipca 2010r. Wstęp: 10zł. Zapisy na: kontakt@numerylitery.pl.
Niesamowita książka dla dzieci i nie tylko dzieci, z której nauczymy się gotować proste, ale bardzo smaczne dania.
Mus jabłkowy, ziemniaczki w mundurkach, pyszne müsli, ryż na mleku, ogrodowe pstrągi dla wegetarian i wiele innych prostych w przyrządzaniu potraw, które pozwolą rozbudzić zmysły naszych najmłodszych a również tych nieco starszych.
W podróży z Tygryskiem dowiemy się także, że czosnek nas wzmacnia, a cynamon wpływa dobrze na nasze samopoczucie.
Tę prześwietną książkę, która nam ofiarował Janosch i wydawnictwo ZNAK, polecam szczególnie dzieciakom od 4 roku życia, a także młodym i starszym, którzy chcą na przykład rozkochać w sobie piękną dziewczynkę, czy przystojnego chłopca, bowiem pamiętać trzeba, że przez żołądek jest najkrótsza droga, do czyjegoś serca.
Matematyka jest pasjonującą nauką, chodź przez wielu z nas nauką nielubianą. Zmagania z równaniami, ciągami, funkcjami czy algorytmami to dla jednych super świetna zabawa, a dla drugich największy koszmar w życiu. Co zrobić aby dla naszych dzieci matematyka nie była takim koszmarem? Odpowiedź jest prosta. Trzeba pokazać, że z matematyką można się świetnie bawić już od najmłodszych lat.
Autorzy książki - Kristin Dahl i Mati Lepp - przekonują nas,że matematycznego myślenia dzieci uczą się poprzez zabawę oraz wykonywania codziennych czynności.
I nie sposób się z nimi nie zgodzić.
Cuentacuentos
"Temu, kto nie zna matematyki, trudno spostrzec głębokie piękno przyrody." - Richard Feynman
Pieniądze - czyli jak zaplanować kieszonkowe dla swojego dziecka i w jaki sposób warto oszczędzać, aby zapewnić dziecku dobry start. O tym i o wielu innych tematach dotyczących pieniędzy, możemy przeczytać w najnowszym numerze magazynu GAGA.
A dla tych, którym GAGA jest jeszcze obca, kilka słów na jej temat:
GAGA to rewolucja na polskim rynku pism dla rodziców, wpisująca się jednocześnie w najświeższą tendencję wydawniczą rynku światowego. Istnieje w sprzedaży od początku 2008 roku. GAGA jest luksusowym lifestylowym pismem dotyczącym najprzyjemniejszych elementów nowoczesnego rodzicielstwa:
- moda dziecięca
- wystrajanie wnętrz i wybieranie zabawek
- autorskie bajki ilustrowane przez czołowych polskich rysowników
- wywiady z gwiazdami poskiej sceny teatralnej, muzycznej i telewizyjnej o ich dzieciństwie
- reportaże o problemach nurtujących nowoczesne miejskie rodzinny
- rodzinne przewodniki podróżnicze po zagranicznych metropoliach i egzotycznych destynacjach.
Jest to magazyn kierowany do rodziców, a nie do mam, co już samo w sobie jest odejściem od pewnego tradycyjnego schematu.
GAGA zachęca do szukania własnego stylu w rodzicielstwie, inspiruje zamiast instruować, zachwyca treścią i formą. Redaktor naczelna i zarazem wydawca GAGI to Zuzanna Ziomecka, wydawca kultowych miejskich magazynów Aktivist i Exklusiv, felietonistka Elle, trendsetterka, prawdziwie nowoczesna, otrzaskana w świecie i posiadająca niezwykły instynkt rozpoznawania rzeczy doskonałych, matka dwójki dzieci. Dyrektor Kreatywna to Agata Nowicka, czyli znana rysowniczka Endo. Każdy numer GAGI to perełka, zarówno od strony zawartości tekstowej, wyboru tematów jak i oszałamiających sesji zdjęciowych.
Każde wydanie GAGI poświęcone jest innej tematyce dotyczącej dzieci bądź rodzicielstwa w nowoczesnym świecie.
A najnowszy numer magazynu GAGA można kupić już przez internet:
Dzisiaj odkryłem ten serwis i już jestem umówiony na odbiór kilku rzeczy (książki, multimedialny kurs, koszula). To wspaniałe miejsce dla tych, którzy lubią oszczędzać, a także dla tych, którzy mają w swoich szafach (i nie tylko) rzeczy, których chętnie by się już pozbyły.
W Polsce działa jeszcze kilka podobnie działających stron, ale większość jest nieczytelna i bardzo ciężko znaleźć tam to co nas interesuje.